Tam zainstalowalem sie w bardzo fajny miejscu z dala od weekendowych lokalnych turystow w Bukit Lawang. Oprocz bialasow na sobote i niedziele zjezdzaja sie dodatkowo ludziska z okolic.
Miejsce zwie sie 'Back in Touch', drewniana chawira 2km w glab dzungli.
Miescina(wioska?) lezy nad rzeka wiec bez mostow sie nie obejdzie,
1szy most z kategorii 'konstrukcje'
nastepny z kategorii ' sie nudzilem to zrobilem':
I ostatnia kategoria 'mosty nie mosty'"
Zac holere nie wiem jak nazwac te konstrukcje linowe...
Do 'Back in Touch' prowadzi 2kilometrowa sciezka przez dzungle, i pewnie dlatego nie ma tam zbyt wielu turystow(podczas mojego pobytu bylem jedynym bialasem). Dodatkowo trzeba bylo przeciagnac sie przez te 2mosty-nie-mosty, co z plecakiem troche trwa. W skrocie trzeba sie lekko spocic zeby tam dojsc.
A teraz sam guest house
widoki z okna:
gibon bialoreki(chyba):
waran (chyba):
Czyli generalnie bardzo mile miejsce, a to wszystko za 30 000Rp(niecale 10zl/noc).
I wszystko byloby fajnie gdyby mnie nie poskladala choroba. Objawy podchodzily m.in pod denge i malarie wiec postanowailem zjechac do Medanu do szpitala na wszelki wypadek zrobic badanie krwii. Jak sie okazalo doktorzyna tez typowal teoretycznie te 2opcje wiec dobrze zrobilem. Wg pierwotnego planu wizyte w Medanie mialem ograniczyc tylko do lotniska, ale nie za wszelka cene. Skonczylo sie na lokalnej grypie, wiec futruje paracetamol zeby zbic goraczke co by mnie do samolotu wpuscili(tu dalej panuje szajba pod katem H1N1, a dla nich kazdy bialy to z hAmerki a, hAmeryka wiadomo GRYPA!!!).
Toba nie urzeklo. Niby jezioro ladne czysta woda zielono etc, ale tak nasrali hoteli (jeden na drugim) ze caloksztalt slaby. Po Maninjau Tuk Tuk bylo dla mnie zdecydowanie zbyt turystyczne i dlugo tam nie zabawilem.
Juz nastepnego dnia sie zerwalem i po kilku godzinach (3busach) bylem w Barastagi.
A tam zamiast obijania sie nad jeziorem czekal wulkan Sibayak.
1sza czesc 'treku' to..spacer po asfalcie przez dzungle, po godzinie zrobio sie ciekawiej i ladniej, a asfalt zamienil sie w blotniska sciezke. Po ok 2godzinach spokojnego butowania pojawia sie Sibayak.
Zejscie z 2giej strony wulkanu nie bylo juz tak banalne, fakt sciezka byla i nawet schody czasami, ale momentami szlak byl zdewastowany przez deszcze i troche gimnastyki bylo.
Dzisiaj zjazd do Medanu i dalej Bukit Lawang, a przyajnmniej taki jest plan...
Po Yogyakarcie byla Jakarta, ale bez szalu miasto jak miasto, zajechalem tam tylko tranzytem bo lecialm stamtad do Padang. Dalej bylo Bukittinggi i Maninjau, jezioro w kraterze, wioska rybacka, tarasy i pola ryzowe- ladnie, zielono, spokojnie...Mozna poplywac, pojezdzic motorkiem po okolicy albo robic nic i tez bedzie milo.
Buki:
Maninjau:
Tia, generalnie ladnie i przyjemnie...
Dzisiaj z jeziora uciekam na..jezioro, Toba. Wg goscia od autobusow podroz zajmie 12-14h, wiec spokojnie mozna liczyc 16 jak nie lepiej.
Na chwile wracamy do Chin, wpadlo mi w rece zdjecie z grudniowej(chyba) imprezy w Zhengzhou. Ok. godz. 23 przy jednym ze stolikow mieszana para reprezentacji Chin wbila przyslowiowego gwozdzia. Po jakims czasie dziewcze przebudzilo sie z planem przywrocenia do zywych kolegi z druzyny. Po nieudanej probie sprawnie powrocilo do pozycji horyzontalnej...Druzyna zostala zdyskwalifikowana, a zawody kontynuowano, zdaje sie, do wczesnych godzin porannych.
swiatynia Prambanan niedaleko Yogyakarty, ladna indyjska i w ogole (chociaz po trzesienach z 2006 jeszcze bardziej sie posypala w kilku miejscach):
W planach byl jeszcze Borobudur, ale dzien wczesniej zabalowalem z lokalnymi, zabrali mnie do klubu i nie starczylo czasu(i zdrowia) nastepnego dnia. Swiatynia poczeka, a pobalowac z ludzmi w muzulmanskim kraju i zobaczyc jak sie bawia tez ciekawe doswiadczenie:)
Dalej, wczorajsza bieganina po wulanie Tangkuban, aktywny wulknan niedaleko Bandung:
i gorace zrodla Kawah Domas ('atrakcja' dla turystow jest gotowanie jajek, niekoniecznie swoich, mozna kupic na miejscu):
A w centrum miasta ruchem kieruje pirat z Karaibow
Ledwo zainstalowalem sie wieczorem w hostelu, wyszedlem na rozpoznanie okolicy i od razu trafilem do domu 'lokalsow' w Yogya. Szwedanie sie po bocznych i pozornie nie majacych nic do zaoferowania uliczkach czasami sie oplaca. Wyladowalem na imprezce, pogralem z panami, pogadalismy i popilismy(herbaty). Wieczorami schodzi sie ekipa z sasiedztwa, wspolnie pogrywaja, rozmawiaja itp. Znajomosc angielskiego jest bardziej powszechna niz np. w Chinach wiec mozna pogadac i dowiedziec sie tego czy owego. Repertuar szeroki, od Presleya czy Kriss Kristoffersona po Indonezyjskie szlagiery. Nawet kawalek Claptona zaserwowali, aranzacja skormna, ale nie bylo to najwazniejsze. Oby wiecej takich akcji.
Pozniej trafilem do knajpy z muzyka na zywo. Wczoraj kapela serwowala covery, a dzisiaj wieczor z Rolling Stones, nie moge powiedziec, zebym z tego powodu skakal z radosci, ale pojde- w okolicy knajpy duzo sie dzieje. Wieczor bluesowy wypada w srody, wiec sie spoznilem, a nie mam czasu zeby czekac do nastepnej. Szkoda, bo podobno na gitarze rzezbi tam jakis wiekszy cwaniak...nie mozna miec wszystkiego.
U mnie sie rozpadalo, do autobusu ladne kilka godzin, wiec wrzuce kilka obrazkow z Mt.Bromo(2329m).
Na razie wrazenia z Indonezji pozytywne, ludzie przyjazni i w porownaniu do Chin to smigaja po angielsku ze az milo. Moza zapytac o cene, kierunek, droge etc. i jest spora szansa ze sie czegos czlowiek dowie...
Pomijajac panow z 'branzy' turystycznej co zarabiaja na takich jak ja to ludzie sa bardzo mili. Taksiarze, moto-szoferzy i im podobni sciemniaja, kreca, i probuja przewalic bialasa na kase,ale tak jest chyba wszedzie. W Warszwie pod lotniskiem przybysz tez prawdopodobnie dostanie wycieczke objazdowa po miescie...A zwykli ludzie usmiechnieci, pozdrawiaja, zagaduja i ciekawi sa, pomimo, ze bieda tu widoczna na kazdym kroku.
3 dni biegania po Kuala Lumpur (Chinatown, Little India, Petronas Towers, Lake Gardens, meczet i polozony 30min od KL Forest Reseach Institute). Wczoraj lot z KL do Surabaya i dzis instaluje sie w Malang. Nie chce przechwalic, ale ta pora deszczowa a razie wcale nie jest deszczowa- puki co zero opadow( i temp. w okolicach 30C), na razie tyle...
Po trudach pracy przyszedl czas na odpoczynek. Startuje do Chengdu, a dalej Kuala Lumpur na kilka dni i docelowo Indonezja(Jawa). Szczegolowego planu nie mam bo plany sa od tego zeby sie pieprzyc. Wiem, ze na marzec musze byc z powrotem w Zhengzhou, a do tego czasu jezdzenie/odpoczywanie/zwiedzanie. Co prawda, pakuje sie w strony, gdzie aktualnie jest pora dszczowa, ale jako stworzenie zdecydowanie cieplolubne, wole deszcz i 30-35C niz -10C tu. To tyle, nie wiem jak bedzie z raportami na blogu, pewnie beda czesciej luz rzadziej...